Teraz wojna – kiedy pokój? Drukuj Email

 

 

Toczy się tak daleko od nas, choć zaledwie kilkaset kilometrów od granicy polsko-ukraińskiej.

Mogłaby nas w ogóle nie obchodzić i pewnie wielu ludzi specjalnie nie porusza. Ale jeśli ma się wrażliwe serce i choć trochę wyobraźni lub empatii – nie można wobec niej zachować zimnej obojętności, bo ta wojna toczy się przecież na naszych oczach.

A jeszcze nie tak dawno wraz z Ukrainą cieszyliśmy się międzynarodowym świętem wolności, jakim były Mistrzostwa Europy w piłce nożnej „Euro 2012”. Zarówno do Polski jak i na Ukrainę przyjechały setki tysięcy kibiców, by oglądać mecze piłkarskie na pięknych stadionach. Różnojęzyczny tłum gości z całego niemal świata zapełniał polskie i ukraińskie miasta. Ludzie nie tylko dopingowali swoje drużyny narodowe, ale po prostu świetnie się bawili, spotykali na placach, w barach i strefach kibica, nawiązywali kontakty, znajomości i przyjaźnie.

Również na Ukrainie powiało prawdziwą wolnością, demokracją i otwarciem na świat – świat potrafiący żyć w spokoju mimo różnorodności ras, kultur, tradycji i języków różnych ludzi, którzy w wielu miejscach naszego globu potrafią żyć obok siebie i cieszyć się wolnością oraz pokojem. Są to wspaniałe ogólnoludzkie wartości, których na co dzień zwyczajnie nie doceniamy. Chodzimy spokojnie po ulicach, mieszkamy bezpiecznie w swoich domach i mieszkaniach, cieszymy się wolnością i swobodą.

Minęły jednak zaledwie dwa lata i dziś oglądamy zupełnie inne, wręcz zatrważające migawki z tej samej Ukrainy. Zniszczony stadion w Donbasie, właściwie zrównany z ziemią port lotniczy w Doniecku, wybudowany na Euro za kilka miliardów dolarów - dziś wionie grozą, bo pozostały po nim ruiny i zgliszcza. Wreszcie bloki mieszkalne, w których od wybuchów artyleryjskich powypadały wszystkie szyby, a w murach widać setki dziur po nabojach – jak w niewielu ocalałych jeszcze kamienicach warszawskich pamiętających koszmar drugiej wojny światowej.

Ostatnio widać wyraźnie, że ta straszna wojna nasila się, bo nie tylko giną żołnierze, ale coraz więcej osób cywilnych - mężczyzn, kobiet i dzieci. Ludzie uciekają ze swoich zagrożonych domów i mieszkań, coraz więcej ludzi ginie na ulicach miast, jak chociażby w ostatnią sobotę, kiedy w ostrzale prowadzonym przez separatystów na miasto Mariupol zginęło 27 osób, a prawie sto innych zostało rannych. Oglądana w Internecie migawka pokazująca wybuch pocisku Grad na jednej z ulic Mariupola, który rozerwał na strzępy jadące ulicą cywilne auto, pokazuje w tak realistyczny sposób – jakby na wyciągnięcie ręki – tragizm tej wojny i tragizm ludzi, którzy muszą żyć w warunkach tak potwornego zagrożenia.

Nie mam oczywiście zamiaru oceniać tego strasznego koszmaru w kategoriach politycznych czy militarnych, bo przecież nie jestem politologiem ani wojskowym, tylko pastorem, chrześcijaninem i mimowolnym świadkiem wydarzeń, których nie oglądałem od dziesięcioleci w swoim dotychczasowym życiu. Naiwnie też sądziłem, że o realiach wojny będziemy czytać naszym wnukom wyłącznie z książek historycznych. Świat okazał się jednak bardziej okrutny niż myślałem. Nie ja jeden zresztą.

Nie widać końca tej wojny, żal mi tych ludzi, którzy cierpią, tracą dorobek swojego życia i nie widzą nadziei na przyszłość. Boli mnie ludzka krzywda, która dzieje się na naszych oczach, a my właściwie jesteśmy bezradni, a czasem wściekli, gdy słyszymy gładkie wypowiedzi polityków i dyplomatów w szykownych garniturach, którzy czują się ledwie „zaniepokojeni”, całą tę ohydną wojnę nazywają „kryzysem”, debatują, organizują narady i… nic z tego nie wynika. Gdzie są mężowie stanu, ludzie pokoju, kompromisu i zgody, którzy byliby w stanie pomyśleć konstruktywnie o ustanowieniu pokoju i zakończeniu tej tragedii? Czy nasza cywilizacja zmierza do upadku, jak w czasach przed potopem, kiedy ludzkie grzechy i podłość sięgnęły aż nieba, bo „ziemia była skażona w oczach Boga i pełna nieprawości” (1 Mojż. 6,11)?

Jak Pan Bóg zareagował wtedy na zepsucie rodzaju ludzkiego? W Piśmie Świętym czytamy, że „gdy Pan widział, że wielka jest złość człowieka na ziemi i że wszelkie jego myśli oraz dążenia jego serca są ustawicznie złe, żałował Pan, że uczynił człowieka na ziemi i bolał nad tym w sercu swoim. I rzekł Pan: Zgładzę człowieka, którego stworzyłem, z powierzchni ziemi” ((1 Mojż. 6,5-7). Ten cytat to jeden z najsmutniejszych fragmentów zapisanych w Biblii. Czy – obserwując to, co dzieje się dzisiaj nie tylko na Ukrainie – nie dopada nas, chrześcijan, natrętna myśl, że na naszych oczach współczesna ludzkość stacza się znowu na dno?

Czy doczekamy rychłego pokoju na Ukrainie? Czy pragniemy tego i czy – jako chrześcijanie – modlimy się o to do Boga? Bo jeśli ten pokój nie nastanie, wojna będzie się rozprzestrzeniać, cierpienia, śmierć i zniszczenie będą się potęgować. Niespokojny świat może zostać sparaliżowany strachem i destabilizacją, która i nam, ludziom żyjącym w realiach tzw. cywilizowanych krajów, zacznie doskwierać i odbierze nam radość życia.

Jeśli więc obok nas żyje ktoś, kto myśli z trwogą o swoich bliskich na Ukrainie, w krajach Bliskiego Wschodu czy innych zapalnych miejscach, np. w Afryce, okażmy mu zwyczajną solidarność, duchowe i moralne wsparcie. Powiedzmy takim ludziom – naszym bliźnim czy współpracownikom, którzy mają swoje rodziny np. w Doniecku czy Donbasie, że życzymy im, aby szybko zapanował tam pokój i rozwiązanie tych nabrzmiałych konfliktów. Zapewnijmy ich jako chrześcijanie, że modlimy się o to do naszego Boga i naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa – Księcia Pokoju. Bo nie chcemy być obojętni i bezduszni. I brzydzimy się wszelką przemocą, a każda krzywda nas po prostu boli. Na tym polega zwyczajne człowieczeństwo i dzięki niemu ten świat jeszcze trwa.

pastor Andrzej Seweryn

 

Nabożeństwa

Słowo Prawdy

sp_2014_10.jpg

Kto jest Online

Naszą witrynę przegląda teraz 9 gości 



Odsłon : 479190