Pod wodzą trenera Drukuj Email

 

Przed nami ostatnie, najważniejsze mecze trwających w Brazylii Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Dla milionów miłośników tej dyscypliny sportu jest to najważniejsze piłkarskie święto i prawdziwa uczta futbolu na najwyższym, światowym poziomie. Podziwiamy wyczyny wybitnych piłkarzy, zazdrościmy innym reprezentacjom sukcesów, zaskakują nas porażki faworytów, błędy sędziów, ale najbardziej podziwiamy bramki i finezyjne zagrania znanych mistrzów oraz nowych gwiazd wykreowanych na tegorocznym Mundialu.

Nie jestem fanatycznym kibicem piłki nożnej, ale lubię obejrzeć dobry mecz na wysokim poziomie i podziwiać zawodników, którzy potrafią zrobić z piłką niezwykłe rzeczy. Jednak oprócz akcji na boisku śledzonych przez wiele kamer lubię również oglądać migawki pokazujące, jak na grę swoich zawodników reagują trenerzy – selekcjonerzy drużyn narodowych. Jedni zachowują się dość statycznie i z kamienną twarzą obserwują poczynania swoich podopiecznych, inni zaś bardzo energicznie dopingują i motywują zawodników do prowadzenia gry według założeń taktycznych swojego trenera.

Najbardziej żywiołowym dyrygentem i motywatorem swojej drużyny okazał się trener reprezentacji Meksyku, 46-letni Miguel Herrera, który w niezwykle sugestywny sposób prowadził reprezentację swego kraju w czasie tegorocznego Mundialu. Był dwunastym zawodnikiem swojej drużyny, a swoją nieprawdopodobną energią zachęcał piłkarzy do odważnych zagrań, ofensywnej gry bez kompleksów wobec przeciwników i do wiary w zwycięstwo.

Trener to nie tylko selekcjoner, który wybiera najlepszych jego zdaniem zawodników na każdy mecz. To także taktyk - jak trener reprezentacji Kolumbii Jorge Luis Pinto – który nauczył swoich zawodników bardzo skutecznych ataków z kontry. To również człowiek zdolny do odważnych decyzji w chwilach, kiedy trzeba dokonać zmian, które są zawsze ryzykowne. Tak drużynę Belgów poprowadził Marc Wilmots, który miał trenerskiego nosa do właściwych zmian we właściwych momentach meczu i 4 bramki zdobyli właśnie rezerwowi, którzy wspomogli swoich zmęczonych kolegów.

Pomyślałem wtedy o innym trenerze i innej drużynie (nie piłkarskiej), która również wciąż robi na mnie wielkie wrażenie. Mam na myśli Jezusa i Jego 12 apostołów. Najpierw Pan Jezus okazał się Bożym selekcjonerem, który wybrał 12 zwykłych ludzi (m.in. celnika, kilku rybaków). Nie wybierał najbardziej religijnych i bogobojnych ludzi swojego pokolenia, ale zwyczajnych ludzi, których chciał duchowo uczyć i poprowadzić, kształtować ich charaktery, uświęcać i przygotować do późniejszej misji niesienia ewangelii w świat.

Powołał każdego z nich z osobna, po imieniu i żaden z nich nie odmówił Mu – każdy porzucił wszystko i poszedł za Nim. Jest to o tyle dziwne, że niczego nadzwyczajnego – po ludzku – im nie obiecywał. Ani kariery politycznej czy sportowej, ani pieniędzy, ani zaszczytów i sławy. Wręcz przeciwnie, ostrzegał ich wręcz, że świat ich będzie nienawidził, tak jak Jego nienawidził, a to co będą głosić w Jego imieniu, narazi ich na prześladowania, sprzeciw, a nawet śmierć. Ponadto powiedział im: „Uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29).

Dziwna to była drużyna, dziwny „Trener” i dziwnych rzeczy uczył On swoich podopiecznych. Ale mimo tego, że uczniowie Jezusa spodziewali się jakichś korzyści (pytanie Piotra: Co będziemy z tego mieli, że poszliśmy za Tobą?), ciągle spierali się między sobą, kto z nich jest największy i najważniejszy, chcieli pewnego dnia podpalić samarytańską wioskę za to, że jej mieszkańcy nie chcieli przyjąć ich na nocleg – mimo tych wszystkich ludzkich przywar i słabości szli wciąż za Jezusem wpatrzeni w Jego nieskazitelny przykład świętości i miłości do Boga-Ojca. On był ich niedoścignionym trenerem, duchowym mentorem i przykładem do naśladowania. A kiedy odszedł z tej ziemi, obdarzył ich mocą Ducha Świętego, dzięki której poszli w świat i zmienili oblicze tej ziemi. Nie zostawił ich samych, bo obiecał im, że będzie z nimi po wszystkie dni, aż do końca świata.

Po odejściu Mistrza i Jego wniebowstąpieniu oni sami stali się duchowymi trenerami dla innych. W miejsce Judasza, który zdradził Jezusa i potem popełnił samobójstwo, Pan Bóg powołał Apostoła Pawła, który napisał do chrześcijan w Koryncie: „Bądźcie naśladowcami moimi, jak ja jestem naśladowcą Chrystusa” (1 Kor 11,1).

Czy należysz do Jezusowej drużyny? Czy był taki dzień w twoim życiu, kiedy powołał cię do bycia z Nim i przy Nim? Czy odpowiedziałeś (-aś) pozytywnie na Jego powołanie? Czy jesteś teraz naśladowcą swojego Mistrza? A może już i duchowym „trenerem” dla innych? Ta drużyna nie walczy o ziemską sławę, pieniądze i puchary. W tej drużynie walka toczy się o najwyższą stawkę – o życie wieczne. Skoro sportowcy dzisiaj są gotowi do największych poświęceń, morderczych treningów i podporządkowania swojego życia dyscyplinie, którą uprawiają, czy tym bardziej my nie powinniśmy zaufać Trenerowi naszych dusz i dostrzec wreszcie, jak energicznie i z jaką pasją zachęca nas i motywuje do zwycięskiego życia wiary, do zwycięskiego biegu, którego metą jest wieczność?

Do narodowej reprezentacji wybierani są najlepsi piłkarze. Na Mundialu grają najlepsi, a trenują ich najlepsi trenerzy. Nie musisz być najlepszy, by znaleźć się w drużynie Jezusa. Możesz przyjść do Niego taki, jaki jesteś, a On ukształtuje cię na swój obraz i podobieństwo. Pod warunkiem, że Mu się oddasz bez reszty i na zawsze! Wierz mi, naprawdę warto!

pastor Andrzej Seweryn

 

Nabożeństwa

Słowo Prawdy

sp_2014_10.jpg

Kto jest Online

Naszą witrynę przegląda teraz 22 gości 



Odsłon : 532167