Cudownie uratowany! Drukuj Email

 

Bardzo lubię słuchać dobrych wiadomości. Może dlatego, że zalewa nas potok tych złych i strasznych, które przerażają lub budzą odrazę i niesmak. Dobre wieści zaś dodają nam otuchy, sprawiają radość i przywracają wiarę w to, że ludzkość jeszcze nie zginęła, póki żyją ludzie dobrej woli, szlachetni i gotowi do wielkich poświęceń w imię dobra drugiego człowieka.

Kilkanaście dni temu świat obiegła wiadomość, że pewien 52-letni znany niemiecki grotołaz, który wraz z grupą doświadczonych przyjaciół penetrował Jaskinię Riesending w Alpach Bawarskich (jedną z najgłębszych w Europie), został na głębokości ok. 1000 m przygnieciony spadającą na niego lawiną kamieni. Poważnie ranny w głowę utknął w tej podziemnej czeluści. Ale nie pozostał tam sam. Na ratunek rannemu koledze pośpieszyło ponad 700 ratowników z Niemiec, Szwajcarii, Włoch i Chorwacji, którzy na przekór nieprawdopodobnie trudnym warunkom i niemal beznadziejnej sytuacji, postanowili walczyć o jego życie za wszelką cenę. Akcja trwała aż 274 godziny - po 11 dniach, 10 godzinach i 14 minutach został wydobyty na powierzchnię oraz przewieziony do szpitala, gdzie obecnie odzyskuje siły i jest w nadzwyczaj dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Mogę sobie tylko próbować wyobrazić wdzięczność, jaką teraz czuje ten człowiek i jego najbliżsi względem tych setek wspaniałych ludzi. Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie!

To była bezprecedensowa akcja ratownicza w historii górskiego ratownictwa medycznego i piękny przykład solidarności tak wielu ludzi, którzy poświęcili swoje siły, czas i poważne środki, by uratować kolegę z tak wielkiej opresji.

Kiedy słyszymy nazbyt często o tym, że w wielu miejscach świata wciąż giną ludzie, wtedy na naszych oczach i w naszych umysłach dewaluuje się ludzkie życie. Kiedy jednak dzieją się tak niezwykłe akty poświęcenia wielu ludzi, by uratować jednego człowieka, wtedy być może dociera do nas prawda o tym, jak bardzo cenne jest jednak pojedyncze, ludzkie życie. Warto o nie walczyć ile tchu w piersiach, bo życie jest wartością najcenniejszą, godną największych poświęceń i największych pieniędzy. Rozumiemy to w szczególny sposób dopiero wtedy, kiedy chodzi o życie nas samych lub naszych najbliższych. Wtedy tak bardzo liczymy na pomoc innych i walczymy desperacko, póki tli się nadzieja w sercu.

Czy potrafimy przejmować się losem pojedynczych ludzi będących w potrzebie? Czy obchodzi nas ich los, ich cierpienie, czasem ich beznadziejna sytuacja? Czy też odwracamy się od nich obojętnie, pozostawiamy ich samym sobie, bo nie stać nas na zwyczajny akt miłosierdzia i poświęcenia. Czy mamy jeszcze w swoich piersiach samarytańskie serca, czy też nasze serca są z kamienia – zimne i nieczułe?

Pamiętamy zapewne historię starotestamentowego Joba (Hioba), który pewnego dnia stracił cały swój majątek oraz siedmiu synów i 3 córki. Choć w tej tragicznej chwili wypowiedział heroiczne słowa: „Pan (Bóg) dał, Pan wziął, niech będzie imię Pańskie błogosławione” (Ks. Joba 1,21), to jednak ból jego serca był niewyobrażalnie wielki, a samotność w tym cierpieniu z pewnością byłaby nie do wytrzymania. Na szczęście znalazło się trzech jego prawdziwych przyjaciół, którzy „usłyszeli o całym nieszczęściu, jakie spadło na niego, przyszli każdy ze swojej miejscowości (…). Umówili się razem, aby pójść, wyrazić mu współczucie i pocieszyć go (…). I siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, a żaden nie przemówił do niego ani słowa; wiedzieli bowiem, że jego ból był bardzo wielki” (Ks. Joba 2,11-13).

Nie to, o czym potem rozmawiali i o co spierali się potem z Jobem było najważniejsze, ale te 7 dni solidarnego bycia z nim i przy nim w najtrudniejszych chwilach – zasługuje na uznanie i jest godne naśladowania. Tak samo postąpili ci ratownicy w jaskini, którzy byli przy swoim rannym koledze, przez 11 długich dni i nocy udzielali mu pod ziemią profesjonalnej pomocy lekarskiej, troszczyli się o jego higienę osobistą, podtrzymywali na duchu i walczyli desperacko o to, by wydobyć go bezpiecznie z tej czeluści, co było – z punktu widzenia grotołazów i ratowników górskich – technicznie bardzo trudne, ale stało się możliwe.

Myślę, że tych 700 ratowników odczuwało wielką radość i ogromną satysfakcję, kiedy ich kolega został uratowany. Cudownie uratowany! Warto było! Oto prawdziwy przykład człowieczeństwa, walki o ludzkie życie – tak cenne przecież w oczach Bożych. Okazało się też cenne w oczach tych odważnych i wspaniałych ludzi.

Tym większą wartość ma również życie człowieka w aspekcie wiecznym. O to zatroszczył się sam Bóg, który posłał na świat swojego Jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa, „aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne”(J 3,16). Pan Jezus oddał swoje życie, by zbawić nie tylko całą ludzkość, ale także każdego człowieka osobiście, a więc mnie i ciebie. Całe niebo zostało zaangażowane w ratunek mojej i twojej duszy, by wydobyć ją z czeluści grzechu oraz wydobyć na światło i przywrócić duchowe życie oraz pokój z Bogiem. Choćbym tylko ja lub ty był uratowany – Jezus nie wahałby się poświęcić swojego życia dla ratowania twojego lub mojego, wiecznego życia z Nim!

Oby również nasze kościelne środowiska były wspólnotami duchowymi ludzi solidarnie walczących o siebie nawzajem, o zgubionych i słabych duchowo, którzy potrzebują naszego wsparcia i pomocy. Bez względu na to, ile nas to będzie kosztować. Ratujmy jedni drugich od wiecznej zguby!

pastor Andrzej Seweryn

 

Nabożeństwa

Słowo Prawdy

sp_2014_10.jpg

Kto jest Online

Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości 



Odsłon : 532135