Moja nadzieja Drukuj Email

Wrzesień bieżącego roku był przełomowym momentem mojego życia. Znalazłam się w sytuacji, w której musiałam wszystko przewartościować.

W czasie studiów spotkałam młodego człowieka, który obecnie jest moim mężem, a wtedy wydał mi się dziwny, dużo mówił o Bogu, a Biblia była dla niego książką szczególną. Dużo czasu spędzaliśmy na rozmowach o Bogu i wierze i wkrótce również dla mnie Bóg stał się bardzo ważny. Poprzez to, że poznawałam Go przez czytanie Biblii, stał się jakiś bliższy, mogłam podtrzymywać z Nim osobiste relacje duchowe. Wcześniej myślałam, że Bóg mieszka wysoko w niebie i interesują Go tylko rzeczy wielkie, a wtedy dowiedziałam się, że ja również jestem dla Niego ważna i to tak bardzo, że nawet moje włosy na głowie ma policzone.

Czas mijał, wychowywałam dzieci, prowadziłam dom, pracowałam, próbowałam realizować swoje marzenia. W tej gonitwie dnia codziennego gdzieś zatraciłam fascynację moim Bogiem, ale cóż - tego samego doświadczali również moi przyjaciele, więc chyba należało się z tym pogodzić. Jednak gdzieś na dnie duszy pozostawało to niewysłowione pragnienie. Wydawało mi się, że tym, czego pragnę, co mogłoby wnieść zmianę w moim życiu, na pewno nie jest choroba i to o zagrożeniu śmiertelnym. Stało się jednak inaczej i choć tego nie chciałam, dziś jestem za to wdzięczna Bogu.

31 sierpnia tego roku trafiłam do szpitala z ostrym bólem głowy. Po wstępnych badaniach okazało się, że doznałam wylewu krwi do mózgu. Kolejne badania wykazały, że mojego tętniaka trzeba operować.

Leżałam w szpitalu z bardzo silnym bólem głowy, nie wolno mi było wstawać ani gwałtownie poruszać, miałam ograniczony kontakt z otoczeniem. Bóle głowy i stan oszołomienia bardzo utrudniały mi kontakt z bliskimi, którzy mnie odwiedzali, a także sprawiały, że nie mogłam się modlić. To, co wtedy przeżyłam, było niesamowite, mimo że sama nie mogłam się modlić, czułam, że Bóg mnie nie opuścił. Podczas całego pobytu w szpitalu miałam wrażenie, że nie leżę na łóżku, lecz na dłoniach Boga i choć mój stan był bardzo poważny, odczuwałam spokój wewnętrzny, nawet gdy myślałam, że już odejdę z tego świata. Wiem, że to wspaniałe doznanie Bożego bezpieczeństwa zawdzięczam również siostrom i braciom z mojego zboru, którzy cały czas modlili się o mnie.

Wielu członków mojej rodziny jak i przyjaciół ze zboru bardzo mnie wspierało w tym czasie, lecz szczególny wyraz miłości, przyjaźni i troski odczułam ze strony mojego męża. Wiem, że on razem ze mną cierpiał, ale nie tracił głowy, lecz zasięgając rady zaprzyjaźnionych lekarzy robił wszystko, żeby mi pomóc. Szukał lekarza, który przeprowadziłby moją operację, a także wybierał metodę, którą powinna ona być przeprowadzona. I tak 9 września musieliśmy szybko podjąć decyzję o mojej operacji, ponieważ z inicjatywy naszego zaprzyjaźnionego lekarza, do Białegostoku przybył lekarz, który miał mnie operować. Gienek powiadomił, kogo mógł o planowanej operacji, poprosił o modlitwę, a sam poszedł załatwiać formalności z tym związane. Wtedy przyszedł do mnie pastor Irek Dawidowicz, by pomodlić się ze mną przed zabiegiem. Wywiązała się wówczas rozmowa, poprosiłam, żeby pozdrowił zborowników i podziękował za modlitwy, bo nie wiem, czy wrócę po operacji. Na to pastor odpowiedział: Ja już ogłosiłem w zborze, że ty sama po operacji przyjdziesz i podziękujesz za modlitwy, zatem jesteśmy umówieni. Zaczęliśmy się śmiać i cała napięta atmosfera się rozładowała. Tego dnia operacja nie odbyła się, ponieważ okazało się, że respirator nie jest gotowy.

Mój mąż nie ustawał i udał się do innego chirurga w Krakowie. Po konsultacjach podjęliśmy ostatecznie decyzję, że operacja odbędzie się 13 września w Krakowie. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego się to wszystko tak układa, że operacja musi być w Krakowie, a nie mogła odbyć się w Białymstoku? Jaki będzie rezultat tej operacji? Czy ja ją w ogóle przeżyję? Po tych pytaniach zaczęłam analizować całą sytuację i Boże działanie. Jeśli miałabym umrzeć podczas operacji lub w drodze do Krakowa, to po co Bóg dawałby nam nadzieję, dlaczego nie umarłam od razu? Zrozumiałam, że Bóg ma inny plan.

Operacja odbyła się tak, jak to zaplanowaliśmy - 13 września. Bóg tak pokierował ręką neurochirurga, że wszystko przebiegło szczęśliwie. Rezultat tej operacji graniczy z cudem, bo żadna funkcja w moim organizmie nie uległa uszkodzeniu. Sami lekarze dziwili się temu.

Przez to dramatyczne doświadczenie nie tylko odzyskałam zdrowie, ale na nowo zbliżyłam się do mojego Boga, umocniłam więzi w mojej rodzinie, doceniłam wartość bycia w Kościele. Uświadomiłam sobie po raz kolejny, że najlepszą nadzieją jest Zmartwychwstały Jezus Chrystus, który bezpiecznie może nas przeprowadzić przez śmierć do wieczności, ale może też przywrócić nas do nowego życia, jak uczynił to ze mną.

Pragnę bardzo serdecznie podziękować za modlitwy. Wiem, że modlono się o mnie w zborze białostockim, ale również w innych zborach w Polsce i za granicą. Niech Pan Bóg Wam to wynagrodzi.

Barbara Kupryjanow

 

Nabożeństwa

Słowo Prawdy

sp_2014_08.jpg

Kto jest Online

Naszą witrynę przegląda teraz 2 gości 



Odsłon : 129514